Daję trochę za wygraną. Za bardzo ulegam swoim błahym pragnieniom, nie wywiązuję się z obowiązków tak, jakbym tego chciała. Nie odczuwam satysfakcji z tego, co robię, bo za często idę na łatwiznę. Brakuje mi zaangażowania. Czy przyjemności są przeszkodą w osiągnięciu szczęścia? Boję się, że tak. Nowe pasje, tak naprawdę nieproduktywne na dłuższą metę, odciągają mnie od mozolnej i nieustającej pracy, którą powinnam wykonywać. Wstyd mi za siebie.

Tak jakbyś chciała? Ech my, panny nadobowiązkowe. Perfekcjonizm, czy rzeczywiście zawalamy?
OdpowiedzUsuń“Wstać rano, zrobić przedziałek i się odpieprzyć od siebie. Czyli nie mówić sobie: muszę to, tamto, owo, nie ustawiać sobie za wysoko poprzeczki i narzucać planów, którym nie można sprostać. Bez egoizmu, ale bardzo starannie, dbać o siebie i swoje własne uczucia. Poświęcać się temu co sprawia przyjemność. Ja zapisuje rano, co mam zrobić. A chwilę potem skreślam połowę. To bardzo ważne, by siebie samego nie nastawiać na dzień czy na całe życie tak ambitnie, że niepowodzenie będzie nieuniknione. Jeśli człowiek chce za dużo osiągnąć, zaplanować, zrealizować, to jest stale z siebie niezadowolony. A może po to, by być z siebie zadowolonym, wystarczy robić rzeczy, które są potrzebne, godziwe, warte, dobre, bez wymagania od siebie więcej, niż można osiągnąć.”
prof. Wiktor Osiatyński